O cholernym teatrze, sztuce pisania i rozwijania skrzydeł

Karol Maliszewski w rozmowie z Agnieszką Kostuch

  • 3 Luty 2018

Agnieszka Kostuch: Większość z nas, nie wyłączając piszących, ma tendencję do idealizowania swojej małej ojczyzny. Najnowszy zbiór Pana opowiadań pt. „Ludzie stąd” jest jak łyżka dziegciu dodana do beczki miodu. Co było dla Pana impulsem do zabrania się za temat życia na prowincji?

Karol Maliszewski: To nie jest tak, że ja „podejmuję tematy”, bo ja znam tylko jeden temat (moje życie-prowincja) i to on mnie „podjął” wiele lat temu. Proszę zwrócić uwagę, że wszystkie książki po kolei (od „Faramuchy” do „Manekinów”) w zasadzie dotyczą tylko tego tematu. Oczywiście, tam tematów i problemów jest więcej, ale mówimy o tym podstawowym, o usytuowaniu bohatera w określonym życiu, określonej przestrzeni. Jeśli chodzi o zachodzącą ostatnio zmianę oglądu tej przestrzeni, to miał na nią wpływ pewien fakt. Po zlikwidowaniu małej szkoły podstawowej bez liczenia się ze zdaniem ludzi (a w tej szkole przepracowałem całe życie), dostrzegłem w tej sielance liczne skazy – arogancję władzy, manipulację, układy, głupotę i prymitywizm. Nagle moje miejsce na ziemi z poziomu uduchowionego europejskiego miasteczka spadło do roli prowincjonalnej dziury zarządzanej przez klikę bez wyobraźni.

Pisał Pan te opowiadania z myślą o konkretnym czytelniku? Czy to była bardziej rozmowa (rozliczenie się?) z duchami z przeszłości?

Przy pisaniu mam nieustanną świadomość swojej lokalności, przeszłej, teraźniejszej i przyszłej. Widzę duchy przodków, a duchy tego miejsca są niemieckie, i widzę to, co się dzieje teraz w polskim wydaniu. Gęsta materia tych opowiadań z tego się bierze. Każde opowiadanie dotyczy miasteczka i jego mieszkańców, ale nie jest literaturą faktu, lecz opowieścią uniwersalną, metafizyczną. Taki jest mój ideał literatury.

Wielu uważa, że odkąd żyjemy w świecie scyfryzowanym – Internetu i telefonii komórkowej – pojęcie prowincji przestało istnieć albo przynajmniej radykalnie się zmieniło. Pana książka  wydaje się temu  zaprzeczać. Pokazuje Pan pewne – rażące – cechy, sposoby myślenia, zachowania ludzi z małego miasteczka, które istniały przed erą komputerów. Prowincja jest zatem wg Pana bardziej stanem umysłu?

Zawsze jest jakaś okolica, nisza, zaścianek, prowincja. Sztuka polega na tym, by czerpać z lokalności i jednocześnie się nad to wznosić. Wtedy widać każdą małość. Także własną.

Mechanizmy społeczne, a co za tym idzie ludzie, którzy w nich wzrastają i w dorosłości im się poddają, zmieniają się wolniej od postępu w technice?

Jestem zwolennikiem poglądu, że natura ludzka jest ponadczasowa, niezmienna. Czy to jest osobnik z jaskini, czy z rakiety kosmicznej ogarniają go podobne emocje, słabości, skłonności. Rozwój techniki w stosunku do tego głębokiego człowieczeństwa jest raczej drugorzędny.

Obśmiewa Pan nie tylko fałszywe zachowania ludzi na prowincji, ale również fałszywe wyobrażenia wspólnoty w sieci - „wrażenie wielkiej rodziny, dobrze znających się ludzi, uśmiechających się do siebie ciepło już z samego rana”(opow. „Pracownik miesiąca”). Nasze kontakty w sieci są jeszcze bardziej iluzoryczne od tych w realu?

To, co zdarza się między ludźmi, bywa iluzoryczne, symboliczne czy umowne. Stąd moja tęsknota do autentyczności tych relacji, do tego czegoś naiwnego znanego z dzieciństwa czy wczesnej młodości. Teraz to tylko jakieś gry, cholerny teatr. Internet pogłębił to, doprowadził do szaleństwa.

Bohaterka opowiadania „Litota” wykrzykuje naukowcom, że nie zajmują się tym, co trzeba  - „miliony ludzi cierpi z wzajemnego niezrozumienia i chronicznego niezaspokojenia. O tym, jak człowiek człowieka zagina, powinna opowiedzieć naukowa dyscyplina. I dać broń do ręki, podać apteczkę z bandażem, gumką i kielonkiem rektyfikowanego. O tym, w tym kierunku, tylko w tym, mniej bólu, strachu i metafizycznych wzdęć.” Czy literatura może spełniać rolę podobnie rozumianej „apteczki”?

Tak właśnie myślę. Zaufałem literaturze, mając nadzieję na jakiś ratunek. Bywają chwile, że pomaga mi bardzo, lecz bywają i takie, że pogłębia tę całą depresję. Wszystko, czego się dotknie człowiek, zmienia swą wartość, staje się paradoksalne. Ale ciągle wierzę w te przebłyski, które spontanicznie rodzą się w słowach i między nimi.

Co jest dla Pana najważniejszym wyznacznikiem w pisaniu?

Nie bać się bólu, który słowa mogą zadać. To jest ta ostateczność, o której myślę przy pisaniu. Musi o coś w tym chodzić, ryzykownego czy tragicznego, inaczej całe to pisanie to tylko towarzyska rozrywka.

Te opowiadania świetnie korelują z Pana ostatnim tomem poezji „[małe zawsze]. Podobnie jak w „Ludziach stąd” istnieje w nim wielogłosowość, zwrócenie uwagę na to, co małe, ale i na fragmentaryczność postrzegania („Rzadko się zdarza, żeby wszystko ujawniało swą twarz w całości”, opow. „Quodlibet”) i podjęcie tematu pisarstwa. Czy skojarzenie z tytułem tomu Tadeusza Różewicza „zawsze fragment” to Pana ukłon w jego stronę?

Różewicz był dla mnie ważnym, formującym poetą. O wiele ważniejszym niż Miłosz. Ale tym razem byłem zapatrzony w Bohdana Zadurę. Mój minimalizm powstał w odpowiedzi na jego minimalizm podpatrzony w tomiku „Zmartwychwstanie ptaszka”.

Większość wierszy zbudowana jest z kilku wersów. Najkrótszy składa się z jednego – „z kosmosu nie widać tej linijki”. Mniej słów w poezji znaczy więcej treści? Zatrzymuje na dłużej uwagę czytelnika?

Te zapiski wzięły się z osobnej, bocznej szuflady. Zazwyczaj piszę zupełnie inaczej. Interesuje mnie zapis konwulsyjny, wściekły, ekspresyjny. Teczka z takimi wierszami czeka na wydanie. Tam panuje inny klimat, słychać inny rytm. Nie cierpię nudy w pisaniu. Ciągle szukam. Testuję formy na sobie samym.

Kolejną wspólną cechą tych książek jest „mała, własna ironia” (jak ją Pan sam określił w opowiadaniu „Pracownik miesiąca”). Zabawna ironia jak w wierszu-erracie – „jest: szukanie autobusu / powinno być: absolutu / (s. 277)” („[jest szukanie]”), miesza się z tą gorzką – „weź umrzyj / wtedy ci coś wydamy // nawet te wiersze/ dla dzieci // pójdą”(„[weź umrzyj]”). A nawiązując do wiersza „[zawsze śmiertelnie]”, czy to znaczy, że teraz podchodzi Pan do tworzenia poezji z większym dystansem?

Ten człowiek, który pisał wiersze w liceum i ten obecny to obcy sobie ludzie. A między nimi 40 lat. Wyobraża sobie Pani, co musiało dziać się przez te dekady, jakie poszukiwania, jakie zmiany? Tam ciągle wrzało. Gdy przestaje wrzeć, należy zawiesić działalność pisarską. Ale dystans – i tu ma Pani rację – dystans pojawił się w pewnym momencie. I rośnie.

Co powiedziałby Pan tym ojcom z wiersza „[boję się]” odbierającym za córki nagrody w konkursach poetyckich?

Po pierwsze – chciałbym zapytać, co tu robią, dlaczego nie dadzą swoim dziewczynkom rozwinąć skrzydeł, choćby nawet miały się rozbić przy pierwszym lądowaniu? Jak mają być intrygującymi poetkami, jeśli ojcowie odcinają je od istotnych doświadczeń, trzymają pod kloszem? Po drugie – powiedziałbym, żeby nie usiłowali zrozumieć wierszy swoich córek, żeby nie porównywali ich z małym, dostępnym im światkiem. Prawdziwa poezja przekracza ich oczekiwania i nakazy prawdopodobieństwa płynące ze strony rzeczywistości.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Agnieszka Kostuch

Powrót