urodzona w 1976. Uprawia poezję i prozę. Filolog polski, felietonista, recenzent. Wydała siedem książek poetyckich i trzy tomy rozmów z literatami. Nominowana do Nagrody Miasta Stołecznego Warszawy w kategorii poezja za książkę De-klaracje 2014.
Laureatka Nagrody Otoczaka za tom Misterium solitera 2015. Dwukrotna laureatka Wawrzynu Lubuskiego. Stypendystka. Wielbicielka spacerów z aparatem fotograficznym.
środek lata
Z dawnych miejsc pozostała tylko stara piekarnia. Jeszcze rodzi
gorące bułki, ale już mało kto je kupuje. W Biedronce są o wiele
tańsze i kobieta, która co rano zaplata na głowie siwy warkocz,
tęskni za kolejkami po jedyne świeże pieczywo w miasteczku.
Ludzie stoją teraz tylko przy pijalni, a kurwią się w pobliskich
ruinach. Był tam klasztor i była legenda o złotej kropielnicy
dającej uzdrowienia. Mąż kobiety z piekarni, zaraz po tym jak
stracił stopę od nic nie znaczącej cukrzycy, liczył na cud, ale
jedyne co zobaczył na starych kamieniach, to śliczne nogi córki.
Okrakiem obejmowała nimi wszystkich mężczyzn i przyjmowała
w siebie promienie słońca. Wtedy uwierzył, że chrzest może być
także z nasienia.
jesienne wykopki
Czasem dymy ognisk z pobliskich pól wchodzą na rynek. Dotykają
cegieł i sennie rozwiewają się na dawno niemytych oknach. Młodzi
nie lubią panującej wtedy ciszy. Uciekają do lasu, gdzie u podnóża
pni można znaleźć blizny krwawej wojny. Często opowiada o niej
staruszek z zielonej budki. Były tu kiedyś kręte okopy, a on ciężko
ranny ledwo zdołał z nich wyjść.
Polubił tutejszy spokój naftaliny z płaszczy, butów i waliz. Sprzedaje
niewiele, bo na straganie tylko w czwartki maca się towar. Na mdłym
stoliku przerzuca wypłowiałe niemieckie ryciny. Nikomu nie mówi,
że pod powierzchnią blatu znajduje się cenna bizantyjska polichromia.
black hole
dla TSJ
Anka czuje palcami zatroskane twarze. Gdy krwawi
do gliny zatrzymuje czas. To wtedy z każdym ruchem
wypełniają się rzeźby.
Anka umie dbać tylko o innych. Dlatego nocami połyka
bezoary, z których włos po włosie wyciąga troski. Sadzi
je w ogrodzie obok kosmicznych onętek tak jednorocznych
jak jej plany przeżycia.
Anka nie ma swojego imienia. Z chrztu wołają na nią
ta co oświetla i rozgrzewa choć bardziej przypomina
wypalenie na biskwit. Jeszcze długo nie dotknie
szkliwienia.
Anka czuje palcami zatroskane twarze. I właśnie dlatego
uplecionym warkoczom dziewczynek daje siwiznę
pajęczego włosa. To wtedy z każdym ruchem rodzi się
i zaczyna oddychać.
center house
dla BZ
Czarna często przesiadywała w pudle po starym
rubinie. Zimnym i brudnym, ale na tyle dużym
by schować przed dorosłymi. Oni nigdy nie mieli
zielonych marynarek czy turkusowych sukienek,
za to posiadali w nadmiarze biały płyn. Pili zawsze
i wszędzie. W takich chwilach marzyła o czerwonym
płaszczyku. Wszystko było przecież szare. Wierzyła,
że gdyby miała jaskrawy ciuch, może ktoś napisałby
o niej książkę, a później nakręcił piękny film.
Czarna w pudle mówiła dużo i chętnie, chyba, że trzeba
było siedzieć cicho. Wtedy wycinała papierowe ubranka,
nakładała na ludzi z kartonu i robiła niemy pokaz.
Miała szczelnie zapięte na zamek usta. Później
kładła się na podłodze i udawała kartkę. Można było
w nią dużo pakować. Lubiła o tym opowiadać, ale kiedy
wyciągano ją za włosy, przestawała mówić. Dziś jest już
bardzo duża i ma własne dziecko. Żadnych pudeł nie
wyrzuca. To jest jakaś niejawna przypadłość.
pałacowa impresja
dla MG
Małgorzata z recepcji powiesiła się przy kanapie. Wcześniej
pocięła dowód, karty bankowe, wyrzuciła telefon. Piętro
wyżej w najlepsze trwał bankiet. Ktoś obmacywał chętną
dziewczynę, ktoś inny markował picie. Bawili się.
Może na chwilę przed usłyszała: kiedy tańczę, niebo tańczy
ze mną, kiedy gwiżdżę, gwiżdże polu wiatr. A wiatr był tego
dnia porywczy i nikomu nie chciało się chodzić na dół.
Rzadko kto mijał jej rozpalone strachem oczy.
Fryzura i kolor włosów na Merlin. Średni wiek. Drobne
ręce, którymi podawała klucze. Nie było widać krawędzi.
Wcale nie była smutna. To wszystko. Nic więcej nie wiem
o Małgorzacie z recepcji, która powiesiła się przy kanapie.