Małgorzata Południak
Gdy zgłębiam Chojnackiego, widzę poezję jako język cięcia i tkanki, gdzie życie jest cięciem, a śmierć szwem. W wierszach, które analizuję, każda fraza to powieść z głosem śmierci w tle, ale przede wszystkim – język życia: często niedoskonały, ale autentyczny. Rozpoczyna się od „Nie zbliżaj się” – mantry obronnej i zarazem deklaracji: jestem poza zasięgiem, słuchaj mnie albo odejdź. Ten dystans i zminimalizowany język przypominają mi tutaj postawę Jorge Luisa Borgesa, który w kilku prostych zdaniach potrafił opisać bezkres samotności, ostrzeżenia i dystansu, będącego ostatecznym gestem obronnym. „Nie mam ust, nie mam rąk, nie mam już nic” – pisze później w „Dotyku” autor. Równocześnie ten brak to pełnia milczenia; wiem to, bo i ja się nieraz przyglądałam fragmentom ciszy, słysząc w nich ścieżki obumierania gestu. Wyczuwam fascynację minimalizmem: język niczym archeometr, odsłaniający puste przestrzenie, to język ubóstwa emocji. Jak u Tranströmera, u którego cisza wypowiadana jest przez głuchy dźwięk słów. U Chojnackiego jednak ta cisza nie jest wybuchem metafory, a raczej rysunkiem braku.
Zadziwia mnie tonalność w „Jest nas coraz mniej”. Są chwile obrazu ogrodu z kozłami, sceny jak z boschowskiej wizji, i w tej grotesce – melancholia o potędze wiersza krótkiego, a jednak emocjonalnie rozciągniętego niczym szkic zen. Mówi: jesteśmy inni, jesteśmy mniej – akceptacja, przestrzeń, która z czasem zawęża się. Ta ekstaza zmniejszenia, ironia, wręcz brutalny język, ale melancholia się w nim nie gubi. Życie i śmierć stają naprzeciw siebie jak równorzędni partnerzy. Autoironia i czarny humor w „On nie wrócił”, skarga na powrót, improwizacja samotności, fatalizm w absurdzie: „gadał ni psem, ni sobą…”. Styl bliski Johnowi Ashbery’emu, choć daleko bardziej surowy. Ten wiersz dotyka żywej tkanki zawiedzionej obietnicy powrotu – śmierć tu nie kończy podróży, ona redefiniuje ją w groteskowym rezonansie.
Metakompozycje, jak „Z pokątnych zapisków”, to najbardziej zachwycająca część cyklu: nagromadzenie momentów, dat i ludzi. To pamiętnik przemieszany z poezją. Taka struktura przypomina Anne Carson i jej fragmentaryczne eseje-między-wierszami. Tu są setki much, pióra kawki, dźwięk conversation z Atwood, Kasperem, Pilchem. Te osobiste archiwa stają się literaturą, każda anegdota oddycha, ma ciężar pamięci, niespodziewaną tragikomedię: „…nasz biedny listonosz rzucił pracę…”, „…XO żył jeszcze wtedy…”, przyjaciel-pies jako postać egzystencjalna. Czuję to tak, jakbym czytała zapiski własnej świadomości, przez lata rozczłonkowane.
Wiersz „Dzisiaj” dominuje w cyklu: granica, obóz, dzieci z lękiem, kominiarki, wojna – wszystko to wpisane w codzienność. „Zobaczyłem dziś rano… ludzie leżą pod płotem… Nieznany Żołnierz… trzyma palec na spuście karabinu”. Jest napięcie z chłodną precyzją w opisie życia i śmierci. Śmierć tu jest brutalna i polityczna. Obrzydzenie i piękno w jednym.
Z kolei „Butoh”, „Księga”, metafory kolorów: cień, pot, kurz; kaskada potu jako ruch śmierci, ciało jako noworodek umierania – przypomina mi to poetykę samurajów-performerów: ciało jako pole żałoby i modlitwy. U Chojnackiego ten performatyzm języka nie patetyzuje, ale go „uprawia”. Być dla siebie niewidocznym, ssać ręce zmarłego – dokładność, która porusza. „Omijać siebie… omijać dźwięki, ruch…”. W „Księdze” opis cmentarzy jako społeczności: „Mieszkańcy cmentarzy są szczerzy, godni i pełni życia. Oczyma nagrobków zerkają…”. W „Zielniku” rośliny jako medycyna ciała i metafora ludzkiej nienawiści, tęsknoty, starości. To metafory płynne, organiczne, absurdalne i głęboko osadzone w materii życia. Jak u poety-eksperymentatora, performatywnego i kinestetycznego – styl przypomina choreografię słów.
Porażające są miniaturowe wiersze: „Krótko”, „Pytanie”, „Krócej”. Każdy akapit to portret czasu: przecinki, ironia, białe wiersze, brak odpowiedzi. „Wierzyłem w przecinki… mądrość kobiet…” – cytat balansuje między pesymizmem a pokorą wobec ciszy. Tu język nie obiecuje. Tu język pyta.
Temat pamięci i jej braku pojawia się w „Zjada mnie niepamięć”. Chojnacki pisze o swoistym zjadaniu pamięci przez czas, staczaniu się w przepaść zapomnienia. To jak wiersz-echo, echo, które zamiera. I pytanie: „Co mnie czeka?” – pytanie dla miejsc, gdzie ściana języka zawiodła. „Do domu” to hymn prostoty i ukojenie: czajnik, Alina, stary pies, zdjęcia, poduszki, gwar domu. To przeciwwaga dla śmierci. Jest tam miękkość, rzeczowa czułość. Jakby jednak dom był sceną żałoby, ale również trenem życia. „Trzy wiersze dla Ani i Wojtka” to rytualne przejście przez przemijanie, pełne autoironii, czułości i karykaturalnej liturgii. Rytuał końca, który jednocześnie jest gestem ulgi i hołdu. Żegnają życie po swojemu: z ironią, z żałobą i z absurdem dnia codziennego.
Dużo tu motywów białej poezji, turpizmu, groteski, śmiechu nieopłakanego, ale zawsze zarysowanego bólu. I metafory w „Rzekach”: jesteśmy wodą i krwią, szeptem i skowytem – ornament prostej ontologii. Śmierć jako echo elementów życia żywych. Ten prosty zestaw obrazów krwi i szeptu zawiera w sobie dramat całej cykliczności. Porównując do klasyków: Emily Dickinson i jej sławnego „Because I could not stop for Death” – Chojnacki robi to samo, ale na warsztacie codziennego języka, ironii i niedomówień. I ta niezwykła herbertowska moralność: w „Księdze” mieszkańcy cmentarzy, krótkie plotki, cicha walka z żywymi – to surrealny, moralny teatr.
Poeta (o ironio!) potrafi wspaniale pisać o starości i samotności, ale także o obecności psa i przyjaciela (XO), o przychylności klubu emigrantów („Z pokątnych zapisków”), o tym, że niektóre wiersze są „debiutanckie siedemnastokrotnie” („Z pokątnych zapisków”). Te osobiste archiwa zdarzeń i znaków (związek, śmierć, listonosz, krzyki nazioli, pióro kawki) mają moc poetologii, są ekwiwalentem rękopisów Thomasa Wolfe'a (lub Calvina) – rejestrowanego życia. Na poziomie metaforycznym cykl operuje krwią, wodą, ciszą, powietrzem, trupem i słowem, kwiatem i popękaną broszką rzeczywistości.
Przyglądam się śladom w języku, polskiemu rdzeniowi: lokalny, emigracyjny, hybrydowy. To język poety, który mieszka poza tłumem, ale kocha świat. Czytając, czułam, jak język cyklu rezonuje z moją własną historią: pamięć o XO, kontakty z emigracją, kończące się słowa, poczucie upływu, lęk i czułość. Żaden wiersz nie zostaje na powierzchni: dotyka mięśnia czasu. Każdy fragment to półton życia za kratą śmierci. Autor nie prosi o współczucie. On tylko mówi: pamiętajcie, że życie to język ciszy, przerywana egzystencja, listy wysłane za późno. Piękno języka to nie ornament, to ciało języka, ciało ciszy i niedopowiedzenia. Książka wygląda jak konstrukcja księgi umierania, ale też księgi życia, w której śmierć jest narratorem i adnotacją. Jest konkret: KOŁDRA ma być milcząca, strażnik ma chodzić po trawniku, pies drzemie, listonosz odchodzi. Śmierć nie jest cichym krzykiem, jest milczącą obecnością, która zmienia świat.
Najważniejsze dla mnie – ten tom działa jak szept naczyń. Delikatny, bolesny, autobiograficzny i uniwersalny. Porażające jest to, że autor pozwala czytelnikowi dotknąć własnych lęków, pamięci, samotności. Język wykonuje tu pracę iście tytaniczną, lecz nie zmienia kształtu doświadczenia: tylko go maskuje i odsłania zupełnie na żywo. Chojnacki nie wita cię żarliwie, ale rozmawia półgłosem. Zostawia ciche echo, półmyśl, półton, półobecność. Wiersz po wierszu napisał o życiu z punktu widzenia śmierci. Ale nie przez smutek: przez minimalny obraz ciała, cienia, duchów, pamięci. Warto czytać powoli. Zostawia ślad, jak ślad kamienia na wrzosie: trwa w swojej kruchości.
Małgorzata Południak